słów kilka na temat wilka czyli o sporcie i stereotypach

będzie jeśli nie umrę w związku z wirusem, który nęka moje ciało :D a że wszystko się może zdarzyć, mała zajawka: ASG, sport, styl życia, zabawa po prostu czy zabawa w wojsko, co asg ma wspólnego z bronią, dlaczego jest postrzegane inaczej niż paintball, dlaczego tak negatywnie…

cd.

Miało być z analizą, nie chce mnie siem. Jak zwykle, tak czy inaczej, jedna rzecz mnie uderzyła. Rozmawiałom ogólnie z kimś, kogo zdanie sobie cenię z różnych względów. Zawsze powtarzam, że cenię sobie ludzi, którzy zadają pytania. Tym razem tak się nie stało. Założenie: ASG jest złe, bo to zabawa w wojsko, a odrzuca mnie munduru (jak się domyślam uniformizacji i odczłowieczenia, wpychania w ramy  mocno przycięte i niepozostawiające miejsca na interpretację i samodzielne myślenie). To broń, broń jest odpychająca. Jest, tu się zgodzę, oprócz tego, że to nie jest broń i nie służy robieniu ludziom krzywdy. Służy bieganiu, służy rozmowie i spotykaniu się z ludźmi, którzy czasem też chcą ruszyć głową lub nogą. Jaka jest różnica między sportem takim jak szermierka (tak, te narzędzia też służyły do zabijania i w wersji krótszej i bardziej dostosowanej do noszenia dajmy na to w kieszeni nadal służą). Różnica substancji, formy? To jak bardzo forma ogranicza ludzi, jak bardzo potrzeganie czegokolwiek w tej kategorii jest przerażające można znaleźć i u Mrożka i u Gombrowicza, o Dukaju, który czerpie z obu nie wspomnę. Forma, to tylko forma, człowiek widzi przedmiot poruszający się szybko od prawej do lewej i wywołuje to w nim niepokój, widzi to samo poruszające się od lewej do prawej i wszystko gra. A może to było na odwrót? :) Ta sama osoba po chwili przyznała, że strzelanie z wiatrówki do tarczy było całkiem fajne. Wiatrówka to już bardziej broń i tak, zabija i szkodzi, jeśli sprowadzać to wszystko do takich kategorii, nie uważam zabijania dla sportu za zabawne, aczkolwiek zaspokaja podstawowe instynkty, co wcale nie znaczy, że nie mozna tego robić w inny sposób. Dlaczego ludzie nie potrafią patrzeć poza formę, zajrzeć głębiej, zadać pytanie, nie tylko w tej kwestii, dlatego że lubią być oszukiwani? Do tego się skłaniam. Przyjmuję formę, wpływam na formy innych i robię to przerażająco skutecznie. Dziś wiele rzeczy mnie przeraża, dziś jestem w nastroju lirycznym i mimo to nie tracę kontroli nad głową, czuję i myślę. Gdzie są ci, którzy potrafią podobnie, rozdwojeni, zwielokrotnieni, odczuwający dysonans między sobą a sobą… Tęsknię za czymś takim. Za pytaniami. 

kawa, internet i papierosy

Odwołanie świadome. Życie jak film przelewa mi się przed oczyma. Wszystkich rzeczy smakuję przez szybę. Niby czasem mnie coś obchodzi, ale w zasadzie coraz mniej i tylko przez chwilę. To nie depresja, to absolutna obojętność. Chcę, tylko chcę czuć, powinnom coś czuć, wiem, powinnom się denerwować bardziej, powinnom bać się bardziej, o siebie, o innych, wszystko jedno, człowiek czuje lęk przed życiem. Ja nie. Wszyscy przechodzimy nieustające szkolenie z umierania, ja już mam większość zaliczoną. Już niewiele mi zostało. Jeśli ostatnie kursy ukończę z taką obojętnością, będę „czuć” do siebie żal. Właściwie będę myśleć, że czuję żal, bo nie będę mogło go poczuć. Jestem owinięte w plastikowy kombinezon. Mogę mówić, mogę powiedzieć to, co powinnom, ale nie może mi być przykro, nie może mi być smutno. Linia ciągła. Umarłom?
Chcę bez ściemniania przytulić się i powiedzieć prawdę, chociaż to już nie ma sensu ani znaczenia.
Chę bez ściemniania przytulić się i poczuć naprawdę to, co powinnom czuć.
Chcę bez ściemniania przytulić się i uwierzyć w to, że to może być prawdziwe i bez.
I to są trzy różne chcenia, trzy różne łóżka. Łączy je jedno – nic. Wszechogarniające nic. Brak wiary, brak czucia, brak nadziei, brak miłości, brak szczerości. Mizogynia może byłaby interesująca, ale pod warunkiem pewnego zaangażowania. To chyba kluczowy warunek czegokolwiek. Jestem zaangażowane w ciągnięcie tego wózka bez zaangażowania. Jestem jak zwierzę. Gorsze.

Znajomość jedna wcześniej wspomniana, z którą zgodzić się mogę w jednym tylko, a mianowicie, że dobrzy ludzie zawsze dostają w dupę, napisała obszerną notkę o idealnym związku i jego składnikach, zachęcając wszystkich postronnych do wypowiadania się na ten jakże zajmujący i istotny, życiowy nawet temat. Bzdura. Jedyne, co warunkuje cokolwiek, to zaangażowanie. Po co się rozwodzić? Z braku zaangażowania :)

Yep, nuda. Robię coraz więcej rzeczy. Brakowałoby mi czasu, gdyby nie moja osobnicza natura. Osobna. Czasem odcinam się i robię swoje. Czasem myślę, że już za późno na coś. COŚ, jakkolwiek uważam, że nigdy nie jest za późno. Zawsze trzeba próbować. I próbuję i nawet nie boli, że nie wychodzi. Po prostu nie i już. Niedoszły i nieprzyszły raczej terapeuta zaproponował mi terapię. Może słusznie. Potrzebuję kogoś mądrzejszego ode mnie, kto by mnie nastroił i dostroił. Depresja – źle, brak depresji – też niedobrze. Zresztą to słowo kojarzy mi się wyłącznie z użalaniem się nad sobą. Kliniczna, niech będzie, ale to nadal emocje, a to nie wszystko, jest jeszcze parę szarych komórek, które pozwalają zrobić cokolwiek ponad siebie. Hm, czy to co robię, nie jest właśnie użalaniem się nad sobą? Działam, żyję i to uważam za sukces, nie siedzę w ciemnym kącie i nie wyrywam z siebie nitek, jedna za drugą, nie chleję, chociaż próbowałom, jak wspomniałom, nie idzie mi i jest głupie. Używki są tylko na chwilę, z używek dziękuję, tylko seks.
I tak to się toczy, dzień za dniem, bez sensu, znowu popadam w rutynę, nie jest taka zła. Byle nie przesadzić. Patrzę na ludzi i widzę, że naprawdę wiele przeszłom, naprawdę wiele osiągnęłom. To nie są przechwałki, to zimna ocena faktów. Może dlatego, że ludzie liczą na siebie na wzajem, ja nie liczę na nikogo. Tylko ja mogę sobie pomóc. I próbuję nadal i tak będę próbować do końca świata, mojego świata, a tych końców może być jeszcze wiele, jeśli może. jeśli to już nie ten. Nie wiem.

I kto by Hellera podejrzewał o tak otwarte zdanie „… i trzeba kochać całym sercem, bo się może już nigdy nie zdarzyć”
(w wolnym tłumaczeniu, cytować nie potrafię).

text me…

… and you’ll get everything what you dreamed of… well, almost.

Zaraz zaraz, jaki to miesiąc mamy, październik chyba. Jakoś tak wyszło, że ostatnie miesiące przeleciały nade mną zostawiając to tu, to tam, jakiś niechybnie niezbyt piękny ślad swojej obecności. Czyżby? Czyżby nie. Wszystko dzieje się na opak. Zasadniczo powinnom napisać, że mi źle, bo jesień, bo lato się skończyło, bo naiwność poszła na grzyby, bo pustynia już nie płonie i jest tylko smętną zwykłą dziurą w spękanej ziemi, bo daję się oszukiwać, bo nie umiem oszukiwać, bo nic nie czuję, bo jeśli, to nie to, co trzeba by. A tu proszę, nie jest mi źle, jesień jest ciepła i przynosi metastabilizację, stabilizuje samą siebie, bo ja ciągle szaleję, lato się skończyło, ale jakie to było lato! Bo naiwności raczej we mnie od dawna szukać ze świecą, acz cynizm mi się lekko zaostrza, co powoduje rozkwit innych czynności martyrologicznych jak spotykanie się z ludźmi nazbyt częste i intensywne. A że pustynia nie płonie, no nie, bo paliwo się skończyło i jakoś nie mam pewności co do tego, czy chcę, żeby coś na niej wyrosło, żeby móc spłonąć, a oszukuje się każdy, najchętniej siebie, ja za to umiejętnie udaję, że częściowo mnie też można, chociaż to takie w sumie smutne, że inni tak dają zwieść się swojemu niezbyt celnemu rozumowaniu. Oszukiwać mi się nie chce, może to okrutne, ale chyba bardziej byłoby coś dać, żeby potem powiedzieć, że nigdy nie istniało. Nic nie czuję. Tylko to mnie trochę martwi, ale może tak jednak jest lepiej.

Nadal czego mi trzeba, to tej łódki i do tego mi tęskno, nawet jeśli ciężko czasem. Potrzeba mi tego porozumienia, które od czasu do czasu wykwita niespodziewanie i nie potrzebuje komentarzy, tego zaufania (?) Ach no tak, motyw ucieczki znów się przewija. Dziwi mnie tylko jedno, jasne czasem, kiedy namącę chce mi się uciekać, czasem za bardzo, ale jakoś nigdy tego nie robię, jakoś potrafię zmierzyć się z faktami i spojrzeć im głęboko w sarkastycznie uśmiechniętą twarz i powiedzieć swoje. Dlaczego jedyne do czego potrafią się przyznać, a i to nie zawsze, obiekty mojego jako takiego zainteresowania, to tchórzostwo. Nie muszą się przyznawać, jest bowiem doskonale zauważalne, wisi im u szyi i ciągnie w dół jak kamień młyński. Mnie zabijają dylematy, ich brak dylematów, aż tak jesteśmy od siebie różni?

Ostatnio bycie człowiekiem uczciwie bez serca przychodzi mi tak strasznie łatwo i bez wyrzutów sumienia. Kiedyś wydawało mi się, że sumienie jest właśnie tym czymś, co pozwala zauważyć niewłaściwe postępowanie i wydawało mi się również, że moje jest nazbyt rozwinięte, ktoś rzucił kiedyś mi tekstem w twarz „bo ty masz zasady”. Miało brzmieć obraźliwie. No mam i co. I jakoś stosuję je do siebie, ostatnio robię wszystko, żeby je łamać i jakoś nadal nic nie czuję. Nie poczuwam się do winy.

Wyślij mi wiadomość tekstową, a dostaniesz wszystko, o czym marzysz :) prawie wszystko, nie dostaniesz tego, co sprawia, że mogłobym być człowiekiem. Kim jestem?

tia

Zerwania, stosunków, stałego, tia… 

Trzeba by się wyprowadzić, zmienić nr telefonu, zmienić adresy e-mail, poblokować, co się da. Czy to jest fair? Czy ja umiem nie fair? Czy niezrobienie tego jest fair w stosunku do mnie?

Jak bardzo nie lubię mieć racji, jak czasem miło by było się rozczarować, o ile lepszy wydawałby się świat, o ile lepsi ludzie. Chyba się jednak nie da. Nie wiem, co mam robić, a to jedno z niewielu uczuć, których tak namiętnie nienawidzę, bezsilność doprowadza mnie do skrajności. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to czekać. Ale ile można? Żyć chcę normalnie, nie czekać. Chcę. Naprawdę chcę, a do głowy przychodzą mi tylko woda, wiatr i rumpel. Tam się czuję dobrze. Tam mają znaczenie zupełnie inne rzeczy.

so be it

Krótka nieobecność przerodziła się w nieobecność długotrwałą pod wieloma względami.

Niby tylko dwa tygodnie, a pomogły zmienić wiele. Heh trudno się samemu sobie przyznać jak wiele się zmieniło. Z powodów nie do końca dla mnie zrozumiałych foch ex doprowadził do stałego zerwania stosunków. I chyba dobrze. Ciągle myślę „chyba”, bo za dużo emocji. Może wreszcie przestanę być szmacianą lalką we własnych oczach. Oby.

Dwa tygodnie ciężkiego urlopu i ani razu nie chciało mi się pracować, coś nowego.

I czasem miło zobaczyć, że ktoś spogląda, czasem miło. Byle się nie angażować.

I czyżby pierwsza pasja w moim życiu się objawiła? Czyżbym znalazło swoją ucieczkę? Swój azyl, który teraz jest tak daleko? Jak dobrze wiedzieć, że można jednak czuć taki spokój, że wszystko można zostawić za sobą na jakiś czas, że powrót wydaje się dość trudny. Że zwykła nieobecność potrafi tyle rozwiązać. Spokój względny, bo dużo się działo, ale intensywny. I uporządkowało mi się. Teraz wszystko wydaje się dziwnie zwykłe. Teraz nie będzie się działo nic, teraz będzie normalnie (?). Ech to wszystko było normalne, tylko brak było dystansu. Teraz wiem, gdzie go szukać. I oby o tym nie zapomnieć.

Wszystkim hospitalizowanym zdrowia.

że dlaczego może

Właściwie nie wiem, co chcę napisać. Właściwie nie wiem, co się dzieje. Wiem, że nie mogę zamykać się tak. Nie mogę zamykać się w domu. Że powinnom wychodzić, bawić się, poznawać ludzi, nie pozawając ich, że to mój czas, z którym tylko ja coś mogę zrobić. Nikt inny. Że moje szczęście nie jest mniej ważne niż kogoś innego. Że muszę żyć, żyć dobrze, w pełni, mimo braków.Zawsze czegoś brak, co wcale nie znaczy, że to złe. Czasem złe jest to, że jest za dużo. Za dużo jest we mnie. Mam wrażenie, że od zawsze. Too emotional I guess. Nie wiem. Może mi się tylko wydaje. Może źródłem tego wszystkiego jest to nic, które tkwi we mnie, które jest tak obfite, że wydaej się czymś. To mi pomaga. To, że mogę wyrzucić to z siebie. Że nie muszę słyszeć komentarzza, pocieszenia, porady. Że może być licealne. Że może być głubie, że może nie być. Chyba zawsze tak było. To był jedyny sposób na to, żeby wrócić do stanu jako takiej normalności. Jak to jest. Jak to jest być normalnym człowiekiem, który martwi się o to, czy mu starczy kasy na dzień następny i dwa kolejne. Jak wyglądają zwykłe zmartwienia ludzi, którzy żyją jak wszyscy inni. Jak to jest mieć rodzinę, jak to jest być z kimś, dlaczego ludzie się żenią, dlaczego wychodzą za mąż, dlaczego są dzieci, dlaczego ja żyję inaczej, dlaczego mnie to przeraża, jedno i drugie. Jak to jest mieć dom, czuć się bezpiecznie i wierzyć. jak się ufa. Wiem, że jedno jest we mnie, oprocz całej kupy gówna, oprócz mięsa i kości, które zjadam od czasu do czasu, Oprócz ścięgien i całego mnóstwa dziwnych substancji płynnych galaretowatych i stałych. Trzęsę się. Nie sypiam w nocy, sypiam w dzień. Jest coraz gorzej z dnia na dzień. Potrzebuję ciszy, żeby… Żeby usłyszeć lepiej to, co we mnie jest? To. Nie chcę tego słyszeć, nikt nie chce, żebym to słyszało. Czy to uzależnienie? Czy można być uzależnionym po tak krótkim czasie? Czy można nie być uzależnionym od czegoś co cię określa? Czy to mnie określa? Wszystko robiłom, żeby nie. Na więcej mnie nie stać. Ale to mnie pochłania, wciąga coraz głębiej i głębiej i znowu otacza, znowu przyciąga tak mocno, nie mogę tego znieść. Pragnę ponad wszystko. Rozkładam się na kawalki tak małe, że nie jestem w stanie ich ogarnąć, rozbijam się na atomy, na ziarna piasku, w kurz w nicość, rozpływam się. Czy naprawdę muszę uciekać? Przed tym jedynym niepokojem, przed tym jedynym spokojem nagłym, który mnie ogarnia z wewnątrz ne do wewnątrz, kiedy jestem i to jestem mnie określa, kiedy niczego nie potrzebuję więcej, o niczym nie muszę myśleć, kiedy tylko tyle i aż tyle, czy jestem w stanie to odepchnąć. Zabawne przy tym wydaje mi się, że nigdy nie chciałom być kimś innym. Nie zazdroszczę nie czuję zawiści, owszem wkurza mnie głupota, do granic być może, może zbyt mocno reaguję. Trochę czasem oszukuję, trochę czasem zaciram, nie chcę, żeby mnie ludzie widzieli, a mimo to czasem zdarza się ktoś kto widzi. Widzi przez tonę gówna. Nawet nie chcę próbować czytać tego drugi raz. Nie poprawię błędów, nie porawię przecinków, nie zrobię nic. Może to właśnie należy robić. Nic. Może to lepsze niż robienie czegoż, żeby… Panicznie boję się bezsilności, słabości, boję się, że nie będę potrafić. Co też w sumie jest śmieszne, bo nikt nie potrafi, nikt nikogo nie uczy, co zrobić z tym kawałkiem. Wiem, że jestem. Wiem, że nie ma przyszłości i przeszłości, jest tylko tu i teraz. Nie ma może, nie ma zrobiłbym, nie ma żalu za grzechy, błędów się nie wybacza, jeśli były, to były. Zamknęło się tamto teraz. Teraz które ciągle się toczy to nie kolejna szansa. To ciągle ta sama chwila wzbogacona o dodatkowe elementy. Ten sam stan, który nie tyle się zmienił, co.. no właśnie co. Staje się. Cały czas staje się od nowa? Jest coś od nowa? Nie ma. Wszystko toczy się, jak nieprawdopodobna kula po powierzchni figury niemożliwej, która istnieje, a przecież jest złudzeniem. Coś co można obliczyć, ale wynik dla tych samych danych zawsze będzie inny. Codzienne obliczanie, odliczanie. Męczą mnie codzienne rzeczy, że trzeba wstać, trzeba się wysikać, czasem coś zjeść. Fizjologia jest dziwna. Zachwycająca i poniżająca. Porywająca i niska. Nawet jedzenie wywołuje we mnie zupełnie przeciwne odczucia, nienawidzę jeść i uwielbiam. Jak ze wszystkim. Nie lubię spotykać się z ludźmi, a sprawia mi to ogromną przyjemność. To nie jest kwestia niezdecydowania, niespójności, braku konsekwencji. Po prostu tak jest, współistnieje. Przeraziło mnie, kiedy nie pamiętałom, że napisałom coś, co napisałom ja. Przeraziło, że można być, nie pamiętając, że się jest, chociaż tak często chcę nie być i nie pamiętać. Czasem myślę, że na tym polega śmierć. Że to czas, kiedy ludzie już nie mają siły pamiętać bardziej, niż chcą być. Kiedy wszystko jest naraz i jednocześnie nie jest. Że to jest czas, kiedy człowiek oddaje siebie. Chyba już się nie naprawię. Jednak. Chyba już nie chcę się naprawiać. Potrafię się pogodzić z wieloma rzeczami, uznać za istniejące, nie wiem czy prawdziwe. Nie potrafię zapomnieć, chiaż tak bardzo chcę, trzeba by było zapomnieć siebie.

… hej!

Tia, coś mówiłom niemożliwe, coś w ten deseń. Założyłom się, a co. Jak niemożliwe, to przegrać nie można. Można, można. Przegrałom. Pytanie, czy tylko karton fistaszków, czy życie. Stawiam na to drugie jednak. Nic się nie zmieni, jeśli tak będę zmieniać, nic nie zmieniając. Tylko dokąd teraz uciec? Wymuszony katastrofą kawowo-komputerową urlop spędziłom, omijając Krupówki. BTW, jeśli ktoś liczy na miejską strefę teoretycznego internetu, dość sromotnie zawieść się może, ale od czego uzależnienie od kawy, jak nie od wyszukiwania nieoznaczonego wi-fi. Tak czy inaczej spacja mi się przycina, ale działa mój jedyny, mój żywiciel i przekleństwo, zbawienie moje binarne. Ziuttttt powrót do tematu. Świętojańska noc nieświęta doprowadziła do bezsenności. I co z tego. Nic, nico, muszę uciec, uciekać, tylko dokąd. Dokąd od siebie i jak daleko i jak długo można. Tym bardziej, jeśli się nie chce. Tym bardziej jeśli trzeci raz chce się to samo zaryzykować, chociaż to już niemożliwe. Jak pójść dalej i nie żałować? Da się?

W niedzielę moje małe 5 minut face to face z porażką. Ze ślepotą i głuchotą, nie chce mi się, ale dla siebie trzeba, żeby jakoś coś. Żeby zapłacić, rozliczyć się. Nuda. Nie takiego zabijania nudy mi trzeba. Trzeba mi pójść dalej i wreszcie być dla kogoś ważnym, trzeba mi być pierwszym, nie ostatnim. Tyle że to nie jest możliwe. Chyba nigdy nie było. Hej.

 

Z bajdewejów kolejno:

1. Internet w Zakopcu jest, acz się ukrywa.

2. Poza sezonem i tak sezon.

3. W góry mi trzeba na długo.

4. Jedzenie jest tragiczne, lepiej samemu kanapki. Czosnek w nazwie co najwyżej, a ser do wszystkiego.

5. 13. znikam.

6. Koledzy służą do ratowania tyłka i się mimo braku zobowiązań wywiązują.

7. Odpowiednie narzędzia pozwalają rozwiązać nawet złożone problemy. Szkoda, że tych niematerialnych nie posiadam. Hm, podobno posiadam, ale nie umiem używać… hej!

nieistniejący dylemat

No jak to tak można między młot a kowadło wleźć z własnej woli, między nieistniejące żelazo, o żelazo się roztłuc tak poprostu? Serce mi bije mocniej na myśl samą. Na szczęście to tylko myśl, bo być nie może, to co może być. Tym razem nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Oj nie. Hehe chciało dziecię ciekawych czasów i proszę, jak się wszystko ładnie składa. EEE nie ma co się martwić na zapas, rozpruje się, zanim dojdzie do skutku. Niemniej to miło, że znowu się kręci. Trochę już zaczynało być nudnawo. Doskonały przykład tego, jak coś, czego nie ma, może zmienić postrzeganie świata. Przykład, którego nie ma, więc nie ma co się rozpisywać. Tak czy inaczej jeszcze jeden dzień i rozpoczynam moje tyci wędrówki. Byle zdążyć na pierwszy autobus.

spóźnione

Wszystkiego najlepszego z okazji czerwca i urodzin. Prawdę mówiąc nie cierpię urodzin. Kiedy wydaje ci się, że przez ten jeden dzień ludzie powinni pamiętać o tym, że istniejesz i jakoś nie bardzo im wychodzi, to nie jest najlepszy czas. Dlatego skromnie, acz serdecznie, ostrożnie, ale poważnie życzę żeby się dobrze działo, żeby w ogrodzie był zawsze ciepły maj. Monsieur kota między uszami ode mnie również proszę posmerać.

Nie bywam ostatnio, trochę za dużo liter do wklepania.