oj

   Jak bardzo zmienił się świat, wracając do przeszłości publicznej i prywatnej. Publicznie lepiej nie rozgrzebywać. Prywatnie… dziwnie, ale doroślejąc (jakby kiedykolwiek można/wolno było), wracam do dzieciństwa i może czasem słońce świeci mocniej, a zapachy i kolory są bardziej intensywne. To pierwszy przystanek od lat. Jak już wielu. Bo wszystko gna i wplątało mnie w ten pęd, i nie ma czasu na sen. Nieśmiało mam nadzieję.

no comment

Dupa dupa dupa, poważnie, rzygać mi się chce, hehehe depresja pourlopowa? Przedurlopowa? Błędy robię, ortograficzne. Słabo. Palić mi się tylko chce. Piję jak zwykle kawę którąśtam i mimo tego wszystko mnie nudzi. Co ma kawa z nudą? I wszystko, i nic. Bo są kawy różne, kawy miejscowe, zamiejscowe, krajowe, zagraniczne, kontynentalne i niebiańskie. Z chmurką. Kawy mi się chce. Kawa w Skopje była tak dobra, słodka, mocna i jakby korzenna, że jedyną motywacją dla tej dobroci, jaką znalazłom było to, że rzeczywistość może jakby tą chmurką lub przesłonięta. Może ci ludzie, ludzie i ludzie, pod dworcem, pod mostem, pod domem, pod centrum handlowym, pod budką z lodami, pod sklepem z butami, butami, butami, minaretem. Może, boże, dlaczego zawsze uśmiechnięci są tylko ci, którzy mają bardzo mało przeradzające się stale w nic. Plum. Taki nastrój. W nocy pięknie leje.
   Stoi pod domem szklana maszyna i czeka na wymianę oleju. A co, przecież nie może cały czas nosić, unosić, daleko, dalej, w uniesienie, poza, do, ale jakby jednak przez i nie do końca. Zawsze na chwilę i chodźmy już, i w siodło, i po co to, po co, daleko i stuk. Stuk, stuk, stuk tłoka, jeden przy drugim i dwa. Taka gra. W wątki. Nieprawda, że lubi być wygrana. Ale się tka, wątek za wątkiem cyk cyk stuk stuk, jeśli uważnie tkasz, może nić nie pęknie, może czasem da się naciągnąć, chyba że słaba, że ta, że inna może puści.
I taka jazda, że nic nie pamiętam, jazda, jazda, na kółkach kurde. Jakich kółkach? Kółka to, czy niet albowiem niekoniecznie. Dobrze że lato jeszcze przed. Że jeszcze może będzie można polatać, potkać, posmakować. Nienawidzę zimy. Jest jak dorosłość.

wakacje, wakacje…

i po wakacjach.

Muszę przyznać, że te były intensywne i… wielokrotne. Od i do. Górki i dołki, upał i deszcz, non-stop kolor i na przemian. W sumie dziwnie się pisze, a do napisania do poniedziałku zostało dużo, więc pewnie dlatego tego nie robię, taki zawód, taka natura.

Tak sobie szaleję, przynajmniej niektórzy tak myślą. Znajoma wiekiem trochę bardziej zaawansowana powiedziała, że ze swoimi dziećmi łatwo nie ma, ale z takim jak ja już by chyba nie dała rady. Bywa. Marzenie spełniwszy (o dziwo, jakieś się jeszcze uchowało).
   Na motorze zapędzić się na drugą stronę świata, może bliższą niż dalszą, ale jednak azjatycką, udało się bez większych szkód. W sumie dużo było mowy o planowaniu i ustalania, że się planować będzie, aż któregoś dnia trzeba się było zmieścić w dwie zupełnie niepojemne sakwy i i jakąś torbę i zdążyć wyjechać, zanim deszcz zleje kuper. Toteż się udało, prawie… Deszcz, mimo pięknie przyświecającego słońca, zaczął siec kroplami wielkości zwykle niespotykanej zaraz po wyjeździe na autostradę. Przynajmniej tak się w Polszy ten rodzaj dróg bezdziurowych nazywa. Jak się okazuje, szersze i dłuższe mają wszędzie, i w Rumunii, i na Węgrzech, i w Bułgarii, o Grecji i Turcji nie wspominając. Tia, pojechaliśmy, bez zapasów, bez kawy, za to z determinacją i namiotami przytroczonymi do siodeł.
   Pierwszy postój wypadł nieźle, gdzieś przed Tokajem. Piękna okolica, bażanty i komary, niesamowity zachód słońca nad lasem i łąkami, i nad ogniskiem oczywiście. Chłopcy wyciągnęli wiśniówkę targaną z poświęceniem miejsca na bardziej przydatne rzeczy typu pojemnik z gazem. Wypiliśmy po jednym i… padliśmy. Namioty rozstawione, ognisko przygaszone, buty przemoczone… i luli. A jednak coś nas na nogi zerwało, w środku nocy sapaniem i kwikiem-rykiem niemożliwym, a tak boleśnie rzeczywistym. Otóż okolica jako że piekną była, w piękną zwierzynę zasobna również się okazała. Ale rrrwa dlaczego od razu dziki?? Kolega z namiotu obok drżącym głosem zapytał, czy też się boimy. Przytaknęliśmy ochoczo, cóż było robić. Jedyny odważny ruszył do ogniska, podsycił ogień i wskoczył z powrotem, zasuwając szczelnie zamek wejścia. W związku z tym, że strach przeszkadzał w prawidłowym ułożeniu się na nierównym podłożu, otrzymałam rozkaz zaśnięcia, który natychmiast wykonałam. Bydlę potruchtało do wioski na późną kolację. Tak przynajmniej wynikało z tropów widocznych o świcie dnia następnego. Na siodło, przez rozroraną ziemię, na asfalt i w drogę do Tokaju.

   Tokaj, tokaj, jak się kończy, każdy wie.
   

zero day

W zasadzie jeszcze nie zero, ale jakiś wstęp do + nieskończoności – okna.

   Jeśli przy mocniejszym podmuchu wiatru szyby miały się w oknach utrzymać, musiałam wymienić całość na całe. Jakość poprzednich – osiedlowa buda z meliną w gratisie. Jedna szyba w zestawie, w promocji pęknięcia itd.
   Jak każdy rozsądny w miarę człowiek postanowiłam wymienić tych potencjalnych zabójców przechodniów w pierwszej kolejności. Tak też uczyniłam. Napisałam mejle do kilku polecanych firm, wybrałam najdroższą, zaproponowałam cenę zbliżoną do najniższej proponowanej, dorzuciłam zamówienie na parapety i bum. Jedyne 3. tygodnie i okna wstawione. Nowe parapety nie irytują jak 25 centymetrów lastryka wbite w beton. Dziękuję serdecznie, teraz poproszę o fakturę… proszę… i proszę, i w poniedziałek będzie, i po urlopie, i tak mój minął i przedstawiciela firmy minął, a faktury jak nie było, tak nie ma.

prequel

Naszło mnie ciśnienie na gniazdko, może z powodu wieku, może z powodu nudy wszechogarniającej i stanu wiecznej niepewności. Może zachciało mi się dokądś wracać, a nie tylko ciągle dokądś zmierzać. Ale skąd wziąć kasę?! Mieszkanie daleko od centrum odpada w związku z wieloma kwestiami, nad którymi rozwodzić się nie będę. Komu nie odpowiada tego typu zastrzeżenie, na pytanie „dlaczego” odpowiem po babsku „bo tak”. Skąd kasa, z kredytu. Na całe życie, na życie za krótkie i bez emerytury w związku z dopłacaniem do kasy państwowej i podatków z nieobijania się. No dobrze znalazło się w miarę blisko, znalazł się kredytodawca, ale przecież nie mogłoby być pięknie na tyle, żeby po prostu płacić (mniej niż za wynajem) i mieć z głowy. Niet. Otóż mieszkanie w miarę blisko centrum oznacza wysokie ceny, jeśli chcę jeść, muszę znaleźć coś tańszego, tańsze oznacza do remontu, dam radę…

radę dam… jak skończę remont. Kto wie, może było warto. Niemniej zaczyna się średnio.

z motyką na słońce

Z dniem 1. września 2009 roku wbrew zasadom etyki, dobrego stylu i wychowania zamierzam otworzyć nową część nowej części z elementami starzyzny, czyli „Z motyką na słońce – w porywach o odnawianiu”. Niniejszym pieprzę i co ślina na klawiaturę przyniesie w związku z urazami psychicznymi, których nabawić się wkrótce mogę lub już doświadczyłam, a które wynikają z doskonałości firm budowlano-remontowych.

kręci się kręci koło za kołem

jeszcze nie znikam :)

Lokum zmienione zostało na takie, które jeszcze bardziej tragicznym jest, za to większym i własnym. Może na początku przyszłego tygodnia będą okna. Byle do przodu, chociaż ciężko to idzie bardzo.

Nadal jest dobrze, jutro wyjazd w góry. Mam prowadzić całą drogę, więc będzie śmiesznie, bo „B” dopiero się robi.
W perspektywie znowu żagle, właśnie zorganizowałam dwa yachciki, nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że nadal będzie to coś, że pogoda nas nie przegwizda i że będzie można na chwilę zniknąć.

W perspektywie… heh dziwnie się pisze, dziwnie mieć jakiekolwiek plany, dziwnie osiąść, nawet jeśli tylko na chwilę. Jednak przecież.
Czasem się boję, ale już nie tak. No dobra, tak, ale nie.

„A” też się dopiero robi i podobnie jak brak garażu, mam nadzieję tymczasowy, nie przeszkodziło mi to w przygarnięciu Siwej. Gdybym miała garaż, doprowadziłabym tam wi-fi i siedziałabym całymi dniami. Po co komu mieszkanie, skoro moto stoi tak daleko. Siwa jest yamahą dragstar 650 XVS, a jakże, na początek. Miała być czarna, a nie jest, co nie znaczy, że tęsknię mniej. Może to kryzys wieku średniego, może wielki wibrator… naprawdę tak sądzisz? Clarkson powiedział coś w stylu: „Normalni ludzie nie wychodzą z domu i nie wsiadają do samochodu tylko po to, żeby się przejechać. Robią to tylko motocykliści”.
Cóż :)

:)

Zachorzyłom. Wczoraj. Boli mnie w klacie, łeb mi nawala, nie chce mi się pracaować. Chce mi się iść na imprezę, ale jak się przytulę, przestanie mi się chcieć. Uśmiecham się. Dużo, często, szczerze. Czasem mnie dopada i się boję. Czasem jest ktoś, kto słyszy, słucha i wydaje się, że rozumie. Pyta, czy jeszcze się boję. Boję się, ale coraz mniej. Nie chcę o tym mówić. Chcę się tym cieszyć. Nie chcę schizować, że znów mnie coś będzie wysysać. Chcę czuć, dużo, chcę próbować, chcę.
Obiecałom spełnić swoje marzenie, które od dziecka mnie ciąga za rękaw. Zaskakuje mnie. Ciągle. Samym dobrym. Dziwnie. Normalnie?

:)

PS. A bo to tak od sylwestra już, cały czas :)

3. wojna światowa

Zaczynam się czuć dziwnie, zaczynam chcieć się schować w czarnej dziurze i z niej nie wychodzić. Jakby niemoje mieszkanie nie przypominało tej dziury niemal w każdym calu. Powód jest banalny. Wpływam na ludzi (zob. poniżej) i mnie to irytuje. Gdybym widziało siebie ich oczami, byłobym niespełna rozumu małym bogiem. Umiałobym przenikać przez ściany i czytać w myślach. W sumie… To nie jest trudne, wystarczy być w kilku miejscach naraz, słuchać i patrzeć. Przy ślepych osoba z dużą wadą wzroku zawsze będzie mieć niezwykłe zdolności. Drażni mnie to. Nie wierzę, że ludzie mają wolną wolę. Istnieje jej idea, która odbija się być może w niektórych, ale słabo. A to podobno ja wykazuję się niezmierzoną naiwnością. Jeśli człowiek naiwny potrafi sterować kłamcami, to co pozostaje. Włosienica :) A może tak dla odmiany pomilczeć? To byłoby ciekawe, może nie zapomnę. Jutro będę rozmawiać, pojutrze być może, a od czwartku wyciszę się (co będzie bardzo trudne, reisefieber znów mnie dopada i tym razem w postaci spotęgowanej, najpierw trzeba całą Polszę w obie strony przejechać, a potem tylko do domu Włada Palownika i z powrotem).

Powodzenia w Nowym Roku, ten był wystarczająco popieprzony (a jeszcze się nie skończył).