wakacje, wakacje…

i po wakacjach.

Muszę przyznać, że te były intensywne i… wielokrotne. Od i do. Górki i dołki, upał i deszcz, non-stop kolor i na przemian. W sumie dziwnie się pisze, a do napisania do poniedziałku zostało dużo, więc pewnie dlatego tego nie robię, taki zawód, taka natura.

Tak sobie szaleję, przynajmniej niektórzy tak myślą. Znajoma wiekiem trochę bardziej zaawansowana powiedziała, że ze swoimi dziećmi łatwo nie ma, ale z takim jak ja już by chyba nie dała rady. Bywa. Marzenie spełniwszy (o dziwo, jakieś się jeszcze uchowało).
   Na motorze zapędzić się na drugą stronę świata, może bliższą niż dalszą, ale jednak azjatycką, udało się bez większych szkód. W sumie dużo było mowy o planowaniu i ustalania, że się planować będzie, aż któregoś dnia trzeba się było zmieścić w dwie zupełnie niepojemne sakwy i i jakąś torbę i zdążyć wyjechać, zanim deszcz zleje kuper. Toteż się udało, prawie… Deszcz, mimo pięknie przyświecającego słońca, zaczął siec kroplami wielkości zwykle niespotykanej zaraz po wyjeździe na autostradę. Przynajmniej tak się w Polszy ten rodzaj dróg bezdziurowych nazywa. Jak się okazuje, szersze i dłuższe mają wszędzie, i w Rumunii, i na Węgrzech, i w Bułgarii, o Grecji i Turcji nie wspominając. Tia, pojechaliśmy, bez zapasów, bez kawy, za to z determinacją i namiotami przytroczonymi do siodeł.
   Pierwszy postój wypadł nieźle, gdzieś przed Tokajem. Piękna okolica, bażanty i komary, niesamowity zachód słońca nad lasem i łąkami, i nad ogniskiem oczywiście. Chłopcy wyciągnęli wiśniówkę targaną z poświęceniem miejsca na bardziej przydatne rzeczy typu pojemnik z gazem. Wypiliśmy po jednym i… padliśmy. Namioty rozstawione, ognisko przygaszone, buty przemoczone… i luli. A jednak coś nas na nogi zerwało, w środku nocy sapaniem i kwikiem-rykiem niemożliwym, a tak boleśnie rzeczywistym. Otóż okolica jako że piekną była, w piękną zwierzynę zasobna również się okazała. Ale rrrwa dlaczego od razu dziki?? Kolega z namiotu obok drżącym głosem zapytał, czy też się boimy. Przytaknęliśmy ochoczo, cóż było robić. Jedyny odważny ruszył do ogniska, podsycił ogień i wskoczył z powrotem, zasuwając szczelnie zamek wejścia. W związku z tym, że strach przeszkadzał w prawidłowym ułożeniu się na nierównym podłożu, otrzymałam rozkaz zaśnięcia, który natychmiast wykonałam. Bydlę potruchtało do wioski na późną kolację. Tak przynajmniej wynikało z tropów widocznych o świcie dnia następnego. Na siodło, przez rozroraną ziemię, na asfalt i w drogę do Tokaju.

   Tokaj, tokaj, jak się kończy, każdy wie.
   

3 thoughts on “wakacje, wakacje…

  1. No i Ci zyczę w tej Albanii nawert nie wiem czego, bo nie wiem czego w Albanii zyczyć mozna. Nie byłam – wstyd, ale to jedyny kraj w Eurpoe, gdzie tak na prawdę nie byłam i chyba na razie nie mam jak tam dojechać. Może jeszcze zanim mnie Alzheimer dopadnie pojadę sobie tam na chwile zobaczyć, czy warto było. Był tyaki, w moich czasach dawnych i mlodych – koniak albański nazwywał się Skanderbo ( boo?) nie pamietam, ale rewelacyjny, jak koniaków nie lubię.
    No więc jak już wrócisz, to czekam na opowieść!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>